Self-Reg od podszewki. Identyfikacja stresorów (2). Emocje, emocje, emocje

Od kiedy zajmuję się Self-Reg bardziej intensywnie, doświadczam inspirujących i poruszających dyskusji z osobami, które chcą się o tym podejściu czegoś dowiedzieć, podzielić swoimi wątpliwościami, podyskutować, wymienić opinie, zadać pytanie, zasugerować mi inne spojrzenie. Muszę przyznać, że ta część budowania społecznych interakcji jest dla mnie najbardziej wartościowa. Otwierając się na perspektywę innej osoby, dostajemy zaproszenie do świata zupełnie dla nas nowego, fascynującego i trochę tajemniczego. To doświadczenie ma także swoją cenę – przynosi całe morza i oceany emocji, uczuć i odczuć, które nie zawsze nas delikatnie stymulują, ale potrafią również zalewać falami, przewracać, podtapiać i zabierać nam oddech. Niekiedy zmuszają do katorżniczego wysiłku i płynięcia pod prąd lub ciągłego zanurzania i wynurzania. Zdarza się, że tracimy energię i dajemy się porwać. Czasami walczymy, chociaż wszystkie okoliczności mówią nam o bezcelowości tego działania. Bywa, że najlepszym rozwiązaniem jest łagodne unoszenie się na wodzie i przeczekanie, ale często czujemy też potrzebę aktywnego udziału w całym procesie. Chciałabym, żebyś dziś przyjrzał/a się własnym zmaganiom z tym żywiołem i zadał/a sobie pytania: Jaka jest Twoja rola? Jak dobrze znasz siebie pod tym kątem? Czy potrafisz odpuścić, kiedy chwilowo tracisz kontrolę nad sytuacją? Czy wiesz, jak siebie i innych ratować? Czy wyciągasz wnioski na przyszłość z wcześniejszych doświadczeń? Dlaczego pewne rzeczy się dzieją i dlaczego akurat w tym konkretnym momencie?

Podejmiesz się tego wyzwania?

Misja wyzwanie

W grupach Self- Reg (możesz o tym przeczytać tu i tu) oraz na blogu i jego fp trwa właśnie wyzwanie pod nazwą „Poznaj swoje stresory”. Ćwiczymy w ten sposób jeden z kroków Self-Reg, czyli metody, która podsuwa nam praktyczne narzędzia do zarządzania własnymi zasobami i napięciem w taki sposób, żeby jak najczęściej osiągać i utrzymywać stan równowagi, dzięki czemu możemy żyć w harmonii ze sobą i resztą świata. Chciałabym się podzielić moim własnym punktem widzenia i doświadczeniami w zakresie obserwacji i analizowania stresu w obszarze emocji. Zainteresowała Cię ta perspektywa? Zapraszam Cię zatem do dalszej lektury.

Obszary samoregulacji – emocje

Stresory, czyli wszystkie czynniki, które potencjalnie mogą zużywać naszą energię i naruszać równowagę, zostały w metodzie Self-Reg podzielone na pięć obszarów. Przez ostatnie 2 tygodnie skupialiśmy się na domenie biologicznej, a teraz przyszedł czas na obszar emocji. No właśnie – emocje, emocje, emocje… Domyślam się, że tej grupy nie trzeba nikomu przedstawiać. Można by sparafrazować znane porzekadło i powiedzieć, że bez emocji nie byłoby nam wcale lepiej, ale z nimi łatwo nie jest. Odnoszę wrażenie, że nie zawsze one same są wyzwaniem, ale to, czy pozwalamy im istnieć i wybrzmieć, czy jest dla nich miejsce, czas i przestrzeń, czy też je chowamy, przyduszamy, ignorujemy albo nawet negujemy. Emocje, oraz wszystko to, co się z nimi wiąże, czyli też wewnętrzne uczucia i odczucia, po prostu są i nie znikną na zawołanie. Do pewnego stopnia mamy wpływ na to, jak je postrzegamy. Da się modelować własne reakcje czy pracować w perspektywie długoterminowej nad zmianą tego wewnętrznego świata. Wiele zachowań pojawia się jednak szybciej niż zdążymy je sobie uświadomić.

Dwie z wielu twarzy

Chciałabym Wam pokazać dwa różne podejścia do przyglądania się obszarowi emocji pod kątem Self-Reg i rozpoznawania stresorów.

  1. Spojrzenie przyczynowo-skutkowe: Co spowodowało ten stan? Co mi to robi? Z tej perspektywy najczęściej patrzę, kiedy mam wrażenie, że niewiele wiem i rozumiem. Doświadczając nagłych, zmiennych, nieprzewidywalnych, zupełnie zaskakujących emocji często nie wiem, czym one do końca są, jak można je nazwać, ale przeważnie potrafię powiązać je z jakimś konkretnym wydarzeniem czy zmianą. Przykładem z życia, który przychodzi mi tutaj do głowy, jest mieszanka uczuć, które wywoływała nagła niechęć mojej córki do pozostawania w żłobku. Zupełnie niespodziewanie moja Gwiazdka zaczęła intensywnie protestować podczas porannych rozstań. To druga forma opieki dziennej w naszej placówkowej karierze, a pierwsza zupełnie się nie sprawdziła (o czym pod kątem Self-Reg pisałam tutaj), natomiast tutaj adaptacja poszła gładko i wydawało się, że nie mogłam podjąć lepszej decyzji, wybierając właśnie ten żłobek. Moje wrażliwe i wymagające dziecko, które zupełnie nie lubi się ze mną rozstawać, w nowym miejscu codziennie dobrowolnie i z radością na skrzydłach dołączało do dzieci i nauczycielek. Aż tu nagle bez ostrzeżenia przestało tak robić. Mieszanka uczuć, emocji i doznań, której doświadczałam pod wpływem tymczasowego lęku separacyjnego podczas porannych rozstań, była dla mnie nie do zdefiniowania. Zresztą stres spowodowany innymi okolicznościami, które współwystępowały z żłobkowym płaczem, protestami i przywieraniem do mnie, uniemożliwił mi spojrzenie na całą sytuację z innej perspektywy. Po kilku dniach jednak zrozumiałam, że w tym kontekście nie ma większego znaczenia, co dokładnie czuję. Ważne było to, jak to na mnie wpływało. W dniu, w którym po raz pierwszy trzeba było dziecko ode mnie na siłę odrywać, powiedziałam dość. Nie chciałam dalej iść w tym kierunku. Zdałam sobie sprawę z tego, że to, co działo się w innych sferach naszego życia (m.in. choroby i inne istotne zmiany), w jakiś sposób wywoływało u mojego dziecka niechęć do zostawania w placówce. Te poranne doświadczenia silnie oddziaływały także na moje samopoczucie przez resztę dnia. Skoro jednak nie znałam przyczyny, nie bardzo mogłam ją wyeliminować. Podjęłam więc próbę redukcji przede wszystkim swojego stresu w inny sposób. Zrobiłam to z myślą o tym, żeby lepiej wspierać córkę i przetrwać do czasu opracowania innego rozwiązania. Jak to zrobiłam? Nastawiłam się na to, że przez jakiś czas to ja będę zbierać i przerabiać nasze trudne emocje – w końcu ta druga osoba nie miała jeszcze dwóch lat. Z nowym nastawieniem, zaczęłam wydłużać pożegnania w żłobku, dając dziecku więcej czasu na przejście pomiędzy fazą „jestem przyklejona do mamy” a „mama wychodzi”. Podczas tych rozstań przytulałam ją, całowałam, mówiłam, że ją bardzo kocham. Z czasem najpierw było mniej protestów, a później wróciło żegnanie się ze mną z własnej inicjatywy. Starałam się też codziennie znaleźć osobę, o której wiedziałam, że zbudowała z moją córką głębszą relację niż inni wychowawcy i w te ręce ją przekazywałam wtedy, kiedy łagodne rozstania bardzo się przedłużały. Czasami to oznaczało krążenie po placówce, bo nie zawsze dana pani była obecna w sali akurat wtedy, kiedy my się zjawiałyśmy w żłobku, ale uznałam, że priorytetem jest ponowne zbudowanie atmosfery zaufania i bezpieczeństwa. Po kilku tygodniach sytuacja wróciła do wcześniejszego stanu. Teraz moja dwulatka nie tylko znów chętnie zostaje, ale nawet pomaga się regulować innym maluchom i kiedy one w sytuacjach kryzysowych płaczą i wołają mamę, ona im tłumaczy: „Mama arbeiten” ❤
  2. Spojrzenie definiujące: Co to jest? Jak to można nazwać? Ten punkt widzenia jest szczególnie przydatny wtedy, kiedy moje reakcje nie są nowością i miałam z nimi już do czynienia wcześniej. W takich momentach dużym ułatwieniem jest nazywanie tego, co się dzieje. Nadanie czemuś nazwy i użycie jej do opisu całej sytuacji może obniżyć poziom stresu. Dotyczy to również nowości, które znamy tylko w teorii, a doświadczamy ich pierwszy raz. Chciałabym podać przykład z pewnego znanego filmu grozy, zaliczanego do klasyki gatunku. Znacie historię nastoletniej Carrie White, która niespodziewanie doświadcza pierwszej miesiączki w wieku, kiedy większość jej koleżanek ma ten etap już za sobą? Dziewczyna nagle zaczyna krwawić i jest przekonana, że grozi jej niebezpieczeństwo. Cała sytuacja kończy się bardzo nieprzyjemnie, zarówno dla niej, jak i wyśmiewających jej niewiedzę koleżanek. Carrie odkrywa swoje paranormalne zdolności, a to dalszej perspektywie prowadzi do masakry pod koniec filmu. Tymczasem mając odpowiednią wiedzę, Carrie mogłaby przejść przez to nowe doświadczenie bez nadmiernego strachu i paniki, a może nawet zupełnie bez włączania „alarmu”, obserwując jedynie zmianę w ciele z zaciekawieniem czy zdziwieniem. Wiedza to naprawdę użyteczne narzędzie. Znając siebie, swoje reakcje i nazywając emocje, można zracjonalizować wiele sytuacji przytłaczających i pozornie trudnych czy nawet nie do przejścia. Kołatanie serca, drżenie mięśni z naprzemiennym uczuciem gorąca i zimna to może być strach, a nie objawy dolegliwości fizycznej, która wymaga natychmiastowej interwencji medycznej, prawda? Czy Ty umiesz nazywać emocje? Mam wrażenie, że o ile przyjemne przeważnie nie sprawiają dużego problemu pod tym kątem, to nieprzyjemne potrafią być dużym wyzwaniem. Znam sporo osób, które definiują tylko smutek i złość, podczas gdy spektrum emocji po „ciemnej stronie mocy” jest naprawdę złożone. Ile przyjemnych i nieprzyjemnych emocji potrafisz wymienić i rozpoznać u siebie? Czy wiesz, jak one na Ciebie oddziałują – raczej zużywają Twoje zasoby czy może właśnie ładują akumulatory? Czy wiesz, że pozytywne emocje też mogą być silnym stresorem?

Więcej przykładów

Poniżej przedstawiam Wam przykłady moich silnych stresorów z obszaru emocji. Tak, jak w poprzednim artykule, oznaczam je odpowiednio, żeby wskazać, czy z mojego punktu widzenia są to stresory nieprzyjemne (N) czy przyjemne (P) .

Silne podekscytowanie i/lub euforia (P+N)

Coś, czego nie potrafię ignorować. W zależności od tego, co spowodowało ten stan, efekty bywają różne. Zdarza się, że następuje rozładowanie i szybko wracam do stanu podstawowego. Czasami jednak ekscytacja utrzymuje się długo na bardzo wysokim poziomie. Mogę się wtedy czuć uskrzydlona i być produktywna, twórcza i skuteczna jak nigdy – osiągam po prostu maksimum wydajności. Niekiedy jednak kończy się to obsesyjnym myśleniem o czynniku, który tę ekscytację wywołał, a poziom pobudzenia uniemożliwia mi normalne funkcjonowanie (nie jem, nie śpię, nie mogę usiedzieć w jednym miejscu, „nosi mnie”).

Obawa przed czyjąś reakcją (N)

Uzasadniona konieczność przekroczenia mojej strefy komfortu plus niepewność tego, jak na to zareaguje drugi, zaangażowany w sytuację człowiek, to u mnie łatwy przepis na zamrożenie. Sama idea wykazania takiej inicjatywy zużywa moje zasoby na długo przed tym, aż coś się rzeczywiście wydarzy. Odgrywam w głowie wiele możliwych wersji scenariuszy po to, żeby się przygotować do tego karkołomnego zadania – ćwiczę własną rolę, jak podczas prób w teatrze przed premierą, a w kulminacyjnym momencie i tak często zjada mnie trema. „Zapominam” wtedy nie tylko o tym, jak chciałam daną kwestię rozegrać, ale nawet chwilo doznaję zamroczenia typu „co ja tutaj w ogóle robię/o co mi właściwie chodziło?” i dosłownie się zamykam. Czy udało mi się znaleźć rozsądną alternatywę? Tak! Znam siebie na tyle dobrze, że zaczęłam obserwować i doceniać własne zdolności improwizacji. Przeważnie „lepiej” wypadam, kiedy jestem autentyczna i swobodna na tyle, żeby stres przynajmniej mnie nie blokował. Jeżeli czuję, że takie okoliczności właśnie się pojawiły, to podejmuję decyzję, czy to jest akurat ten moment, żeby przeprowadzić ten emocjonalny projekt (np. podjąć próbę rozwiązania konfliktu, przeprowadzić konstruktywną krytykę zachowania bliskiej osoby, poprosić o coś). Coraz częściej moja odpowiedź brzmi „tak” i na własnej skórze wiele razy się przekonałam, jaką siłę mają nasze własne myśli. Kiedy w głowie widzę, że dam radę, to daję, bo nawet jeżeli nie do końca wychodzi tak, jak bym sobie tego życzyła, dużo skuteczniej wyciągam użyteczne wnioski z takiej lekcji niż w okolicznościach, kiedy blokuje mnie lęk przed reakcją drugiej strony.

Presja pod hasłem „to minie” (P+N)

„To minie!” Ile razy słyszałeś/słyszałaś to sformułowanie w odniesieniu do nowego i trudnego etapu rozwojowego Twojego dziecka? Z jednej strony taka perspektywa czasami pomaga przetrwać – wiemy, że płacz, kolki, nieprzespane noce, histerie, furie, agresja, brak współpracy, zmęczenie czy nasze silne uczucia towarzyszące rodzicielstwu nie będą trwały wiecznie i kiedyś się skończą. Z drugiej jednak, cudze „to minie” zużywało bardzo dużo moich zasobów podczas pierwszych kilkunastu miesięcy mojego macierzyństwa. Od początku byłam samodzielnym rodzicem, zdanym praktycznie tylko na siebie. Moje dziecko zaś to egzemplarz wymagający, wrażliwy, reaktywny i aktywny. Na pierwsze widoczne efekty nauki samoregulacji u mojej córki czekałam bardzo długo (ok. półtora roku). One same były niezwykle spektakularne, ale podczas oczekiwania na nie doświadczałam okresów zawieszenia, kiedy to czekałam, aż coś minie (bo takimi informacjami bombardowały mnie osoby podsuwające dobre rady i wsparcie, które pomimo dobrych intencji, były dla mnie czynnikiem demotywującym i obciążającym), a to wcale nie mijało. Przyglądanie się własnym emocjom i temu, w jaki sposób oddziałują one na moje zasoby i poziom napięcia, doprowadziło mnie do odseparowania od niektórych osób i zaakceptowania takiego stanu rzeczy, jaki aktualnie zastawałam. Dzięki temu, zamiast czekać na to, aż coś minie, żyjemy jako rodzina pełniej także wtedy, kiedy jakaś trudność/etap przejściowy/nowy porządek jest z nami dużo dłużej niż się tego spodziewałam.

Oczekiwanie na coś (P+N)

Silnym stresorem u mnie bywa napięcie, które pojawia się podczas czekania. Temat znany wśród rodziców małych dzieci 😉 . Chciałabym zwrócić Waszą uwagę nie tylko na nudne i długie godziny w kolejce czy poczekalni – w takich sytuacjach raczej oczekujemy, że maluchowi cierpliwości nie wystarczy, podczas gdy dorosły mógłby dość łatwo się zająć czymś, co mu pomoże zagospodarować ten czas (np. czytając książkę, rozwiązując krzyżówkę czy – w dobie przenośnych urządzeń elektronicznych – robiąc coś na smartfonie czy tablecie, od przeglądania poczty, przez rozmowę tekstową aż do odsłuchania kolejnego nagrania z kursu online), ale także na perspektywę dłuższego odroczenia czegoś w czasie. Ta opcja wiąże się zarówno z napięciem, które narasta przed wydarzeniem, wywołującym strachem, niepewność i obawy (np. wyjazd, wizyta u dentysty, adaptacja w przedszkolu), ale także euforią związaną ze spełnianiem marzeń (np. wizytą w parku rozrywki) i planowaniem przyjemnych aktywności (jak odwiedziny u babci i dziadka). Czasami korzystniejszym rozwiązaniem w kontekście redukcji takiego stresu w obszarze emocji jest zapowiadanie ekscytujących wydarzeń z niewielkim tylko wyprzedzeniem. Być może taka strategia pomoże Tobie lub Twojemu dziecku.

Poniżej znajdziesz linki do pozostałych artykułów na temat stresorów z obszarów:

Jeżeli chcesz się dowiedzieć, jakie tematy poruszam i zamierzam prezentować na blogu, zajrzyj do tego wpisu. Te teksty są zaś o mnie i moich oczekiwaniach

Wprowadzenie do wprowadzenia nt. Self-Reg znajdziesz w nagraniu transmisji na żywo pt. „Self-Reg: Równowaga w trzech kolorach”. Opis samej metody Self-Reg jest dostępny w tym nagraniu transmisji na żywo pt. „Self-Reg: Co wewnątrz, to na zewnątrz”.  

Poślij ten tekst dalej, jeżeli przyniósł Ci wartościowe informacje. Tutaj znajdziesz mój fanpejdż na FB. 

Dziękuję za Twój czas!


6 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s